Jarnątówek- dzień na basenie.
Dzisiaj wieczorem byłem na basenie. Uzbierał się na nim znaczny komplet osób, wśród nich wiele charakterystycznych osobliwości. Tak był tu i historyk, słynny żeglarz, ale tym razem podmywała go silna fala, powstała z fabryki niezgrabnych ruchów ludzkich i raczej mniej szarżował po tym małym morzu tego siedliska, niż na swoich okazałych okrętach. Był też i Wacław robiący nurkujące podchody, pod różne tutejsze piękności. Była i łódź w mosiężnych okularach opływająca wszerz i wzdłuż cztery strony świata tego akwarium, ale w końcu zacumował i wydał dyrektywę morskich informacji, dla mniejszej łodzi, bardziej opływowej i zaopatrzonej w dwa bunkry gdzieś jednej trzeciej długości. Był i pan Staszek nieśmiały, grzeczny w kącie basenu, leżąc na pleckach kulturalnie szturchał wodę obiema nogami. Pojawiła się też jakaś nowa para, która mimowolnie odwróciła moją uwagę, na nich w postaci dobrze zbudowanego, smukłego mężczyzny, z rzadkim leśnym poszyciem klatki piersiowej i siwiejącym wąsem na skroni. Gładko ogolony, o pociągłej regularnej twarzy, zgrabnie dobranym nosie. Również laleczkowata panna z dobrego domu, w jego wieku, chuda, blada, o średnim ale jeszcze jędrnym, wysoko osadzonym biuście. Mimo woli wzrok przy obrocie głowy wokół własnej osi padał to na niego , to na nią, patrzyłem na jego pełne gracji ruchy, zdopingowane dziarskim firmowym uśmiechem, nie schodzącym z twarzy, gdy przemierzał basen operując zwinnym opanowaniem stylów i na nią wpatrującą się w niego jak w tęczę. Ta pewność siebie budziła mą zazdrość, że są na tym świecie ludzie o stabilnej organizacji życia, w której rozwój ewoluuje w linii prostej, gdy zarówno są zadowoleni z siebie, pod względem duchowym i fizycznym. Patrzyłem tak na nich, wyglądali na ludzi, którym życie dało satysfakcję. Jeszcze dość młodzi, studia, dobra praca, małżeństwo, dobranie, pożycie łóżkowe dobrane, zdrowe dzieci również w wyborach życiowych nie ustępujące im. Jeśli refleksja to umiarkowana, lepiej za dużo nie myśleć, bo po o życie tracić, lepiej być wyregulowanym, wyluzowanym, a jak już chodzi o wydobywanie podświadomych treści, to raczej przytulny eksperymencik, odskocznia w postaci krótkich kursów medytacji, czy czegoś w tym stylu. Bo i na topie i trendy, po co szaleć. Zostawmy to, jak na złość zaczęli grać w piłkę, ale ja wiedziałem, że podświadomie marzą o innym przekazywaniu piłeczki. Myślę tu o ich spiralnych układach, badania rozciągłości ciała, akcentowanego muzyką konkretną. Piłka opadła, zwodzących sukcesów pięknych państwo. Ja tak patrząc na niego, starałem ostudzić, wyrywające się chciwie kompleksy, na temat mojej niezbyt dziarskiej chudej postury, uchybiającej w porównaniu z nim. Próbowałem wspomóc się oddechem, by napuszyć się i zwiększyć swą masę przez wibracje wodne. Wszystko jednak sprowadzało się do tego, że usztywniałem się więc z ulgą odetchnąłem, jak sobie poszedłem. Po czym wszedłem pod przebieralni. Ucieszyłem się że nikogo niema więc będę mógł zdjąć badki. Powyginać się pod lustrem, żeby przekonać się, czy rzeczywiście jestem gorszym egzemplarzem niż on, ale wszedł zaraz borsukowato obrośnięty jegomość, a ja w odrzucając w czas rękę od tego niebieskiego materiału, przerywającego rytm jasno oświetlonego ciała, przez co udało mi się uprzedzić jego reakcję, zastał mnie więc w lekkim wygięciu, i zacząłem udawać, że się gimnastykuję. Chyba tego nie dostrzegł, pomyślałem. Poszedłem szybko do prysznica, a on też ściągnął badki, tylko okrył się ręcznikiem. Co on taki pruderyjny, pomyślałem. Stary chłop a się wstydzi. Gdy wyszedłem z prysznica, zagadał do mnie słowami, które zapowiadały rozmowę swym czasem, przystosowaną to tego tymczasowego miejsca.
- Ten ratownik to chyba pływać nie potrafi. Drze się na cały basen. Mógłby sobie jakąś tubę wziąć, ale woli się drzeć.
- Tak różne słuchy słyszałem o nim.
- czy widział pan go w wodzie, bo ja ani razu, woli się drzeć, ale do wody żeby poinstruować ludzi, nie wejdzie.
Przytaknąłem mu.
Następnie za ścianą, zaczęła się głośna famfarada techno.
- O słyszy pan to rzępolenie.
Tu ździwiło mnie, ze używa słowa umniejszającego bardziej kameralną orkierstrę.
-ludzie tracą przy tym słuch. Mój sąsiad tak się drze, że telewizora nie słyszę. To przez tą muzykę, a są takie samochody, które aparaturę radiową mają większą niż one same.
- I stąd tyle wypadków. Powiedziałem elokwentnie. Coś jeszcze domruknął i wyszedł.
Znowu odetchnąłem z ulgą.
SEN ! part 1.
Czasem miewałem sny o śmierci. Zwykle należały one do snów płytkich, dziejących się w mieszkaniu, ale bywały też bardziej symboliczne, dziejące się na odleglejszych terenach. Co ja mówię? Nie jakichś nieznanych terenach. Bo byłą to senna analogia mapy mojego świata. Wracając do snów. Raz zdarzyło mi się, że śniłem, jak wyglądam z okna łazienki. Okno było bardzo ciasne i razem z grubymi ścianami, wydawało mi się jakbym był w jakiejś wieżyce romańskiej. Wyglądam przez nią, dzień jest pogodny, widzę na dole jak na bramie, u góry najeżonej kolcami, dwie postacie. Była to jakaś pani w kapeluszu i płaszczu z córką o jasnych włosach, o zgrabnej figurze w dość obcisłej bluzce i niebieskich dżinsach. Stały przy bramie, dzwoniąc, nie widziały mnie. W głowie brzęczało od różnych skojarzeń na ten temat. Przelatywały one jak jakieś lunatykujące, zmutowane wielkie muchy. Był w nich obraz przyjazdu córek mojego ojca chrzestnego, których bardzo oczekiwałem. Chowałem się przed nimi i skradałem do nich spod stołu w przedpokoju. Śledziłem je, był w tych obrazach także przyjazd kuzynów, przed którymi także chowałem się. Nie w celach konspiracyjnych podchodów, lecz w celu zrobienia niespodzianki. Pamiętam o niej i tamte koleżanki brata ożywiały przestrzenie wielkich wtedy dla mnie pokojów. Niczym stada barwnych ptaków, przerywając ciszę własnych fantazji, grozy ich czeluści, szeptów. Chwile oczekiwań od warkotu samochodu do zgrzytu bramy trwały wiecznie. Jakby coś broniło im wejścia do tej posiadłości. Były też inne przejścia przez furtkę, trochę później mojej niedoszłej koleżanki. To oczekiwanie było bardziej niecierpliwe, bardziej ekstatyczne. Jak biło mi wtedy serce. Chłonąłem kłęby powietrza, napełniając się jak bąk. Chodziłem tam i z powrotem. Udawałem że zabieram się za jakąś czynność, na ten dzień sobie wyznaczoną, ale zaledwie nadgryzałem ją. Przedmioty z nerwów wylatywały mi z dłoni, litery z książki nachodziły na siebie, tworząc nieme hierogrify. Także chciałem schować się pod stół. No ale starszy, to nie wypadało. Trzeba było zebrać odwagę, przecież to tylko dziewczyna.
- A ty co tak się boisz, nie wstyd ci? Mówiła babcia. To oczekiwanie było inne w stosunku do dawniejszych spotkań. Przedtem byliśmy przede wszystkim ruchem, słowami wykrzyczanymi między lotem za piłką. Uśmiechem zębów, zatopionych z zapałem w ciastku. Rozmowy pląsały w niekontrolowanym tańcu przebierańców. Schody do osób wiodły od wieszaka na dach i na drzewo. Teraz ta osoba była bardziej namacalna, cielesna. Dynamizm przeszedł w przemianę materii, góra piasku w dobrze ułożoną czuprynę. To było dawno, teraz był sen.
Zobaczyłem że przez bluzkę widać było kształty pełnych piersi, ale zauważyłem też, że coraz bardziej zaczyna wirować mi w głowie. Nadchodziła nicość. Jedynie ten dogasający żar pożądania próbował przeniknąć białe światło dnia. Nagle doszło do mnie, że dwie panie zauważyły mnie. Przyłapały mnie na tym jednoznacznym spojrzeniu. Matka jej uśmiechnęła się kpiąco. To Miron – usłyszałem jej głos, ale on jakby zatrzymał się i nie umiał dotrzeć do mnie. Mnie znowu powoli pochłaniała ciemna nicość.