środa, 20 listopada 2019
otwarte drzwi zostały zamkniĘte zatrzaśnięte
OTWARTE DRZWI Nagroda PFRON NA PRACĘ MAGISTERSKĄ DLA ABSOLWENTOW Z WYROŻNIENIEM
ODMOWA - - TYLKO NAUKA, SZTUKA SIĘ NIE MIEŚCI W REGULAMINIE!!!!!!!
bo: XVI edycja Konkursu na najlepsze prace magisterskie i doktorskie, których tematem badawczym jest ZJAWISKO NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI W WYMIARZE: ZDROWOTNYM, ZAWODOWYM LUB SPOŁECZNYM „OTWARTE DRZWI
- ale student ASP z niepełnosprawnością, piszący w dodatku o swoim domu "chorym i pękajacym" - to nie mieści się w tabelce- nawet jako nagroda: Pociecha dla Syzyfa
JEST PROGRAM STUDENT? SUPER I CO DALEJ ABSOLWENCIE Z MGR JEŚLI NIE MOŻESZ PRACOWAĆ???????ALE CHCESZ NADAL ROZWIJAĆ SIĘ
I CHCESZ TEŻ POKAZYWAĆ SIĘ INNYM JAKO
TWÓRCA POMIMO
A NIE
WYŁĄCZNIE UŻYTKOWNIK ŁÓŻKA do DRZIMANIA z psem i kotami???????
piątek, 28 czerwca 2019
DYPLOM MIRONA CUM LAUDE święto w najgorętszym dniu lata BWA 26-28 czerwca 2019
Piątek 28 czerwca- ZAPRASZAMY na świętowanie Dyplomów ASP w
Katowicach 2019- wernisaż: 28 czerwca 2019
godz.
17:00, BWA Katowice godz. 18:00, Rondo Sztuki VICTORIA!
26 czerwca godz. 11.oo odbyła się
obrona dyplomu Twórcownika Mirona Kościelnego – Górnoślązaka – z
nieoczekiwanym sukcesem!!!! pomimo problemów zdrowotnych, pt
Spadkobiercy Smutku.
Kronika Upadku Domu pod 13 (puzzle Pereca nie do złożenia)
Miron
Koscielny, Galeria Sztuki Współczesnej BWA Dyplom główny: Pracownia
Malarstwa
Promotor:
prof. dr hab. Jacek Rykała
Dyplom dodatkowy: Pracownia Rysunku – prof. dr hab. Janusz Karbowniczek
Praca
pisemna –(proza
własna -antypowieść) – promotor ad. dr Roman Lewandowski
Recenzent:
ad. dr Paweł Szeibel
Tytuł dyplomu: Spadkobiercy Smutku. Kronika Upadku Domu pod 13 (puzzle
Pereca nie do złożenia)
Tematem
mojej pracy dyplomowej jest mała kronika osnuta wokół zawiłych losów
mieszkańców - więźniów stuletniego domu pod numerem trzynastym, zmiażdżonych
przez koleiny historii Górnego Śląska. Ja jako potomek wyklętej
rodziny niczym w noweli Poego o zagładzie "Domu Uscherów",
podróżuję po topografiach pamięci wydobywając w przerysowany, groteskowy
sposób paradoksy i tajemnice tego wielokulturowego a zarazem
prowincjonalnego, upadłego imperium, rządzonego przez wiekowego wojaka Froda.
Metaforą rozpadu tego dawnego, fascynującego mnie świata, pogrążonego
w gotyckości i geometriach lęku jest szczelina biegnąca przez połowę
domu, będąca także symbolem rodzinnego podziału. W swojej pracy nawiązuję
także do modelu niedających się złożyć puzzli oraz opowieści
o dziesięciopiętrowej kamienicy Georges’a Pereca.
Jestem wdzięczny za wieloletnie wsparcie akademii- akceptowano i rozumiano moją Inność i Trudności. Sukces w
pokonywaniu znacznych problemów w funkcjonowaniu nie byłby tak spektakularny
bez życzliwości Profesorów Mentorów, indywidualnego planu nauczania oraz
wsparcia Twórcowni przy Bibliotece Śląskiej . Dziękuję też za
dofinansowanie z programu Student PFRON.
Ten dyplom Z WYRÓŻNIENIEM jest nadzieją dla
innych twórców z problemami, wspólną radością przyjaciół wspierających
wzajemnie rozwój talentów…
MAM OCHOTĘ PODJĄĆ
NOWE WYZWANIA, MARZĘ O KONTYNUACJI STUDIOWANIA SILEZJOLOGII i SZTUKI PISANIA!!!
DZIĘKUJĘ też autorom książek i audycji o moim Górnym Śląsku, które przeczytałem z Przyjaciółmi bibliofilami z Twórcowni, czuję się zaprzyjaźniony z nimi, bratnimi duszami choć oni/autorzy o tym nie wiedzą (jeszcze) śp.Stefan Szymutko, Aleksander Nawarecki, Zbigniew Kadłubek, Szczepan Twardoch …audycje radiowe Jerzego Kurka i Tadeusza Sławka –spotykamy się nad tymi samymi brzegami rzeczek-ale nie znamy się osobiście
PRACA DYPLOMOWA JEST PRAWIE GOTOWĄ KSIĄŻKĄ DO WYDANIA -MA ZOSTAĆ WYDANA TU W ASP OBIECAŁ DZIEKAN -- …. w imieniu Twórcowni - MANTYKORA
??
środa, 13 marca 2019
bielska jesień środa, 13 marzec 2019
- Autor: Miron Jan Kościelny
środa, 21 listopada 2018
śląskie baobaby 'z ślaskich pnioków" nie są złe - nie wyrywamy!!! niech Mały Książę się naszych baobabów nie boi- nie zaduszą Ziemi
Kiej chcecie poczytać "Małego Księcia" Antoine’a de Saint-Exupery’ego po ślonsku to terozki mogecie. Po naszymu to je "Mały Princ".
Niełatwego zadania przełożenia słynnego „Małego Księcia” na język śląski podjął się mistrz śląskiej mowy Grzegorz Kulik. https://grzegorzkulik.pl/maly-princ/
: Niy spodziywoł żech sie, iże przidzie mi przełożyć „Małego Princa” na ślōnsko mowa. Jak ino wydownictwo spytało ale mie, czy bych chcioł, toch zaroz ôdpedzioł, iże toć, że chca. „Mały Princ” to przeca niyôbyczajno historyjo ô tym, co w żywobyciu je richtich ważne, a skirz naszyj ludzkij natury, ta ôpowiyść po latach nic niy traci ze swojij aktualności. Niyrŏz we dziynnyj uwijaczce dobrze je na chwila stanōńć i spōmnieć sie słowa ôd liszki: „niczym sie niy widzi tak dobrze, jak sercym. To, co nojważniyjsze, tego ôczy niy widzōm
Mały Książę należy do książek wielkich. Tłumaczony na małe języki, na języki najmniejsze, na łemkowski, a teraz przez znakomitego tłumacza Grzegorza Kulika na śląski. Wcześniej ukazał się jeszcze w wersji wielkopolskiej. O Różę Księcia dbają czule czytelnicy w Asturii, Aragonii, Bawarii… Region Veneto ma swojego El Principe Picenin, a my mōmy swojigo. Wielkie sprawy w prostych regionalnych słowach -z. kadłubek
poniedziałek, 1 października 2018
PROFESOR ZBIGNIEW KADŁUBEK od 1 października oficjalnie przejmuje berło bibliioteczne
PO ŚLĄSKU:
Listy z Rzymu, Księgarnia św. Jacka, Katowice 2008,
Ajschylos : Prōmytojs przibity (śl.) [ (gr.) Προμηθεύς Δεσμώτης (Promētheús Desmṓtēs), (pol.) Prometeusz w okowach ] Kotórz Mały 2013 : przełożył Zbigniew Kadłubek – jest to pierwsze tłumaczenie literatury klasycznej na etnolekt śląsk
Oczy Charibelli: ślady petrarkizmu w siedemnastowiecznej łacińskiej poezji śląskiej, wspólnie z Dariuszem Rottem, Fundacja "Pallas Silesia", Towarzystwo Miłośników Ziemi Pszczyńskiej, Katowice-Pszczyna 2004, ISBN 83-914893-4-5. Rajska radość. Św. Piotr Damiani, Wydawnictwo Gnome, Katowice 2005, ISBN 83-87819-04-2. Św. Piotr Damiani, Wydawnictwo WAM, Kraków 2006, ISBN 83-7318-649-2. Myśleć Śląsk: wybór esejów, wspólnie z Aleksandrą Kunce, posł. Aleksander Nawarecki, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2007, ISBN 83-226-1594-9. Listy z Rzymu, Księgarnia św. Jacka, Katowice 2008, ISBN 978-83-7030-619-9. Święta Medea: w stronę komparatystyki pozasłownej, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2010,
....W 1997 ukończył na Uniwersytecie Śląskim studia na kierunku literaturoznawstwo. W 2001 na podstawie rozprawy pt. Barok w poezji nowołacińskiej na Śląsku na Wydziale Filologicznym UŚl otrzymał stopień naukowy doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa, specjalność: literatura łacińska. Tam też w 2011 na podstawie dorobku naukowego oraz rozprawy pt. Święta Medea. W stronę komparatystyki pozasłownej uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa, po czym został profesorem nadzwyczajnym na tym wydziale. Jest członkiem Komisji Historycznoliterackiej PAN w Katowicach, , Towarzystwa Literackiego im. T. Parnickiego, Verein für Geschichte Schlesiens e.V. i CompaRes – International Society for Iberian-Slavonic Studies, Johannes-Bobrowski-Gesellschaft e.V., prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Uniwersytetu Śląskiego. W 2015 otwierał listę kandydatów komitetu Zjednoczeni dla Śląska do Sejmu, otrzymując 5010 głosów.
WSPÓŁINICJATOR i członek kapituły Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz” -UFUNDOWANEJ PRZEZ RODZINNY RYBNIK - dzięki temu dowiedzieliśmy się o istnieniu niesamowitej Postaci Lekarza Zbieracza Pieśni śląskicj i żuków Juliusza Rogera
czwartek, 20 września 2018
Profesor Zbigniew Kadłubek -Górnoślązak nowym Dyrektorem Bibliotek Śląskiej
GRATULUJEMY
TWÓRCOWNICY, SZCZEGÓLNIE PNIOKI I KRZOKI
kadencję zakończył prof. Jan Malicki, kierujący placówką przez ostatnich 27 lat
DZIĘKUJEMY
wtorek, 21 marca 2017
Juliusz Roger patron Górnośląskiej Nagrody Literackiej
Górnośląska Nagroda Literacka „Juliusz” – ogólnopolska nagroda literacka ustanowiona przez Prezydenta Miasta Rybnika. W latach 2016–2018 była przyznawana dla najlepszej polskiej książki a od roku 2019 przyznaje się ją za najlepszą biografię napisaną w języku polskim.
Po raz pierwszy nagroda przyznana została w roku 2016. „Kobro. Skok w przestrzeń” Małgorzaty Czyńskiej – biografia Katarzyny Kobro, awangardowej artystki, nowatorskiej rzeźbiarki, żony Władysława Strzemińskiego. ...
środa, 25 lutego 2015
oniryczne sceny mojego Gurnego Slunska środa 25 lutego 2015
piątek, 23 stycznia 2015
Ludzie z gumy - z mistrzem Mariuszem Palką
ludzie z gumy zmagania z materią
rycie w linoleum
Artyści Krzysztof Barłóg, Barbara Czapor-Zaręba, Agnieszka Florczyk, Sylwia Hajdus, Karina Kałuża, Luiza Kolasa, Miron Kościelny, Elżbieta Kulej, Pauliina Nykanen, Anna Pikuła, Marek Pośpiech, Anna Puszczewicz, MichalinaRutkowska, Dominika Staniaszek, Natalia Szarafińska, Julia Wójcik
piątek, 21 marca 2014
„Prometojs przibity” niesie ogień po śląsku
Ajschylos : Prōmytojs przibity (śl.) [ (gr.) Προμηθεύς Δεσμώτης (Promētheús Desmṓtēs), (pol.) Prometeusz w okowach ] Kotórz Mały 2013 : przełożył Zbigniew Kadłubek Prometeusz w okowach” („Prometojs przibity”), który ukazał się w serii „Canon Silesiae – Ślŏnskŏ Bibliŏtyka” ..Prometeusz w okowach, także Prometeusz skowany (gr. Προμηθεύς Δεσμώτης Promētheús Desmṓtēs) – tragedia Ajschylosa, jedyna zachowana część trylogii opowiadającej mit o Prometeuszu. Prometeusz niosący ogień i Prometeusz wyzwolony. Ajschylos, tłum. Jan Kasprowicz: Prometeusz skowany. Kraków: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2003... http://slonzoki.org/2013/12/promytojs-przibity-kolejne-wydawnictwo-w-ramach-canon-silesiae/Prometeusz, to ten który niósł światło ludzkości. Ta książka ma także otwierać pewna drogę i pokazywać że na śląski da się tłumaczyć nawet dzieła tak wielkie i tak historycznie odległe.
Z powodu oskarżeń o „proniemieckość”? – Z powodu ignorancji. Śląski to język słowiański, żaden tam niemiecki. Być może jesteśmy świadkami powstawania języka, który jest w drodze, czymś między poszukiwaniem tożsamości a tęsknotą za wielokulturową przeszłością. Dlatego czasem piszę po śląsku....
poniedziałek, 21 maja 2012
LAJERMAN KRĘCI POWOLI KORBĄ LIRNIKA ANDRIOLLEGO
LAJERMAN KRĘCI POWOLI KORBĄ LIRNIKA ANDRIOLLEGO
ALEKSANDER NAWARECKI KROJCOG:
Opowiadając o domu czy rodzinie, nie szukałem pretekstu dla prywatnej autobiografii. Intymny pamiętnik wyglądałby inaczej. Tutaj jedynym kryterium jest Śląsk, a raczej jego osobiste doświadczenie. Osobiste okruchy i ograbki nieuchronnie mieszają się z dyskursem współczesnej humanistyki, ale Lajerman nie jest ani traktatem, ani autobiografią, ani zbiorem esejów, ani tym bardziej postmodernistyczną bryją-hybrydą. Szukając „formy bardziej pojemnej”, spragniony jestem jakiejś „formy śląskiej”, w duchu której trwa nieustanna obróbka resztek, podobna do skrzętnego wykorzystywania apfali – odgrzewania bratkartofli, rychtowania wodzionki, zalewania piernika na moczkę, a czasem nawet, w smutnych przypadkach nędzy – maszkiecenia po hasiokach. Bo i tam można znaleźć skarby, a poza tym na podwórzu najłatwiej spotkać lajermana
„Osobiste okruchy i ograbki nieuchronnie mieszają się z dyskursem współczesnej humanistyki”
http://www.rozswietlamykulture.pl/reflektor/2012/10/11/szukanie-slaskiej-formy-%E2%80%9Elajerman-aleksandra-nawareckiego/
Słowo/Obraz Terytoria 2010
wtorek, 3 stycznia 2012
onirikony akwarelą p edzek maczany w wodziez rzeczułek ślunskiech
kalendarz mało chrono
GÓRNOŚLĄSKIE TOWARZYSTWO LITERACKIE
GAKERIA MIESIĄCA
SIERPIEŃ 2015
http://www.slaskgtl.pl/galeria_miesiaca/13
Miron Jan Ślązak pełnej krwi z pnioków
ONIRONY ŚLUNSKIE (onirikony)
przebudzenie w kolejnym śnie – tusz, akwarela, gwasz
Sny i opowiastki o strzygach, utopcach, szczególnie bebokach, były bardziej rzeczywiste niż ponura proza życia. W mych sztafażach fantastycznych próbuję ocalić tragikomiczny wyraz tamtego świata, zakląć na białej płaszczyźnie, ocalić przed niszczącym działaniem czasu moją legendę o dawnej świetnej cywilizacji przemysłowej. Nie opowiadam o realistycznym Śląsku, tylko o wyobrażeniu o nim, śnie utkanym ze skrawków pamięci. Podobnie jak u jednego z prekursorów horroru Lovecrafta bardziej interesuje mnie ucieczka od tego życia niż samo życie. Mój Śląsk jest wielowarstwowy, przemycam w nim postaci z mojego dziecinnego podwórka, obszaru pogranicza, w którym wszystko może się zdarzyć.
Już od dziecięcych lat miałem poczucie inności, które mi zostało do teraz, czuję się nie zawsze rozumiany (to trudniejszy los wilków stepowych i innych outsiderów).
…no i te fascynacje szarymi dziwnie pachnącymi rzeczkami – spływającymi do Odry i Wisły, i dymiącymi kominiusiami, później zwanymi w epoce spóźnionego ratunku pejzażem industrialnym.
Po LO im. Karola Miarki w Mikołowie długo tułałem się po różnych uczelniach, znalazłem wreszcie schronienie w Studium Reklamy, gdzie wykładowcami byli prawdziwi artyści. Wcześniej wielokrotnie tułałem się po omacku i bez celu na różnych kierunki studiów, nie potrafiąc się na nich odnaleźć. Wreszcie odnalazłem się na Wspaniałej Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach na Wydziale Artystycznym, kierunek Malarstwo, tryb niedzienny. Tam znalazłem wreszcie akceptację swojej inności i osobliwych poszukiwań. Największe zrozumienie mojego ukrytego świata oświetlonego czarnym słońcem znalazłem u Profesora Jacka Rykały i Profesora Mariusza Pałki. Wiem, że jestem na początku drogi bardzo nieakademickiej – nie jest mi łatwo przenieść teorię na praktykę malarską, ciągle zmagam się z dostosowaniem ram obrazu do ram wyobraźni.
Od kiedy pamiętam zapisuję wielopoziomowe impresje w kajetach, gdzie motywem przewodnim jest problem straty, stałego prowizorium, teatrzyki objazdowe okolicznych podwórek, Silesia Superior z prywatnymi aktorami-mieszkańcami. Mam wrażenie, że kiedyś powstanie książka…
Amatorsko muzykuję, kolekcjonuję płyty z klasyczną muzyką rockową – lata 60. i 70. i z poczuciem braterstwa słucham audycji radiowych poświęconych wykopaliskom muzycznym.
Dużo zawdzięczam Twórcowni powstałej w 2005 roku w podziemiach Biblioteki Śląskiej – czuję się tam bezpiecznie, jako istotna Część Wspierająca, Uczestnicząca, a jednocześnie Osobność. Wiem, że zawsze mogę liczyć na Twórcownianą Rodzinę Zastępczą w trudnych chwilach. Dzięki Wam, Przyjaciele!
W „hołdzie” mojemu magicznemu Śląskowi, zwanemu przez Dziadka Alfreda Śluńskiem. http://www.slaskgtl.pl/galeria_miesiaca/13
Nasze Sprawy
http://www.sbc.org.pl/Content/150390/NaszeSprawy_2015_R000_002_(281).pdf
Wersja testowa programu
Alligator Flash Designer
W pełni funkcjonalna wersja testowa, jedynym ograniczeniem jest napis na pliku wynikowym.http://www.flashdesigner.pl/pobierz/
http://www.eprogramy.net/eprogramy/programy/graficzne_tworzenie-edycja-animacji
kolejny pierwszy raz
TWÓRCOWNIA PIERWSZY RAZ 2019
http://naszesprawy.eu/kultura-i-sztuka/tworcownia-to-lodz-pod-pelnymi-zaglami/ MIĘDZY INNYMI PRACE DYPLOMOWE MIRONA I ELIZY
Biblioteka Śląska i Fundacja Forma-T
zaprosiły 30 kwietnia 2019 na finisaż wystawy: Twórcownia pierwszy raz 2018/19. Dołączono do niej także prace powstałe w 2018 roku oraz kilka debiutujących. „Wystawa ma charakter eksperymentalny, warsztatowy, dynamiczny. Ostateczny kształt osiągnie na finisażu" – napisano w zaproszeniu. I tak się stało. Piękna, intrygująca ekspozycja pokazała możliwości twórcze autorów i wysoką klasę wystawionych prac. Ciekawym zabiegiem zdaje się być brak jakichkolwiek podpisów pod pracami. Trzeba zgadnąć nie tylko kto malował, rysował, czy szkicował, ale również co. „Pierwszym doświadczeniem jest też PODPIS – SŁOWO – LOGOS, samookreślenie Siebie wobec siebie i wobec nieznanych Oglądaczy. Zachęcamy – napisali twórcownicy – do zabawy w szukanie pseudonimów, przemian, metamorfoz, życia w fikcyjnej tożsamości, do wyrwania się z codzienności i peselów …”W zbiorowej wystawie każdy z nich zachował cząstkę indywidualności i prywatności. „Naszą największą dumą są studenci Akademii Sztuk Pięknych: Eliza i Miron. Studiujemy z nimi” – napisali w ulotce. Eliza zaprezentowała na wystawie fragment dyplomu licencjackiego ASP „Pod osłoną maski”, a Miron prace przed obroną dyplomu magisterskiego na tejże uczelni – „Kroniki upadku Domu Uszerów pod 13″ i trzy Onirikony. Dodajmy, że kuratorem tej, jak i poprzednich wystaw, był niezmordowany Piotr „Dudkacy” Dudek, a Twórcownia – Grupa Artystyczno-Literacka z wątkiem arteterapeutycznym jest wspomagana przez Bibliotekę Śląską od 2005 roku! „To miało trwać tylko rok, może dwa…Piotrze”. – To o całkiem innej Piwnicy, ale jakże podobnie. Ale z Piwnicami tak bywa, że czasem dzieje się całkiem inaczej – powiedział Twórcownik zwany „Tygrysiem”. „Dziękuję, wszystkim uczestnikom za odważne odkrycie siebie przed oczami / oczy Innych – napisała w liście przewodnim nieobecna na finisażu Mantykora, czyli „matka założycielka” Barbara Bełdowicz-Kościelny. – Dziękuję Piotrowi Dudkowi kuratorowi naszych wystaw, za wspaniałą aranżację! PIERWSZY RAZ na tym trudnym takielunku, wantach dryfującego jachtu – dryfuje rozklekotany chwiejąc się na wietrze, bo nie ma regulacji naprężenia olinowania… Ceremoniał wieszania patrz OŻAGLOWANIA trwał prawie cały czas płynięcia czasu zanurzenia w czasie.
Najbardziej cieszy mnie udział „Żagli” – Elizy Pod osłoną maski" i Mirona Tryptyk: Kroniki Upadku Domu Uszerów pod 13, ,nasze żagle - dokonali niezwykłego jak na Twórcownię wyczynu – nie tylko zaczęli studiowanie (bo kto nie zaczynał?) a wytrwali i stali się absolwentami Akademii Sztuk Pieknych! " A cała Twórcownia razem z nimi, bo każdy uczestniczył jak mógł w tym pięknym studiowaniu”.
Śląscy twórcownicy spotykają się w budynku Działu Biblioterapeutycznego Biblioteki Śląskiej przy ulicy Ligonia w Katowicach. Jak sami tłumaczą biblioteczna piwnica to ich undergroung – fenomen – „miejsce niezwykłej i dobrowolnej aktywności ponad codziennej dorosłych (nieco dzieckiem podszytych) na granicach Sztuki i Kultury, od arteterapii po rysunek studyjny. Twórcujemy nie tylko za pomocą pędzla i ołówka, ale też długopisu zwanego piórem literackim – rozmawiamy na Herbatce u Kapelusznika. Twórcownicy to osoby z dyspozycją do tworzenia, które chcą rozwijać swoje nierzadko ukryte zdolności, a nie miały dotąd okazji i możliwości; łączą nas UZALEŻNIENIE od KSIĄŻEK, a także trudne przejścia – kryzysy zdrowotne i życiowe. W tej grupie każdy jest mistrzem czegoś, dzielimy się umiejętnościami. Twórcownia jest miejscem wolności osobistej w zakresie potrzeb twórczej samorealizacji”.
Tworzyć, co się czuje, co podsuwa własny Duch, nie patrzeć na normy i kanonony – to kwintesencja idei Twórcowni bliskiej założeniom patrona Stanisława Szukalskiego „Stacha z Warty”, rzeźbiarza, malarza, rysownika, projektanta i teoretyka NO I NA STAROŚĆ SZALEŃCA, nie wiadomo dlaczego był przekonany że pochodzimy Z WYSPY WIELKANOCNEJ, a moze coś w tym jest? .
– Najważniejsze było, by dać się wyżyć artystycznie ludziom z niepełnosprawnościami, najczęściej tym, którzy mieli za sobą dołki i inne wyboje psychiczne, choć nie tylko tym, to cel tego przedsięwzięcia (znów z tej innej Piwnicy). Nic nowego, terapia przez sztukę istniała już od dawna – ktoś powie. A nieprawda. Tu sztuka, a nie leczenie znalazły się na pierwszym planie /…/. Czego tu nie tworzono, sztuki były wszelakie, wiersze, proza, rzeźby, teatr lalek muzyka, niestety tylko odtwórcza, choć był i taki , co twierdził, że wielkim kompozytorem jest (to już nie odtworzenie – u Gombrowicza było: wielkim poetą był!). Królował jednak obraz, rysunek i grafika. No i plenery! – barwnie opowadiał o Twórcowni wspomniany „Tygryś”. Dagmara Bałycz – szefowa Działu Biblioterapeutycznego Śląskiej Książnicy -– Chcę powiedzieć, że jesteście grupą bardzo zdolnych, fantastycznych ludzi Pan dyrektor Biblioteki Śląskiej prof. Zbigniew Kadłubek doskonale o tym wie – zapewniła. – Proszę Państwa, proszę się absolutnie o nic nie martwić – zaapelowała do artystów. – Nic wam nie zagraża, nic nie zagraża Twórcowni. W ramach możliwości, być może to nie będzie taka forma wsparcia jaką mieli Państwo do tej pory, ale na pewno ono będzie i będziecie mieli jak dotychczas swoje lokum – zapewniła .Zarówno dla artystów, jak ich przyjaciół Twórcownia jest miejscem niezwykłym, niecodziennym. – Tu spotykamy prawdziwego Jezusa, spotykamy drugiego człowieka, który szuka miłości, przyjaźni, wiary, nadziei – tego, co w życiu najważniejsze. Gdyby mnie nie zaakceptowała ta grupa i przez to nie mógłbym się rozwijać, żyć, uważałbym swoje życie za przegrane. Twórcownia dała mi wiarę, nadzieję i miłość, także poczucie, że wygrałem życie, że zostałem przyjęty do nieba, zostałem zbawiony – powiedział Krzysztof Tworek FLOREK , jeden z artystów.Nie on jeden mówił o tym miejscu tak żarliwie. Dla nich wszystkich znaczy bardzo dużo, to ich miejsce na Ziemi. Używają różnych środków wyrazu i różnych narzędzi. Tworzą bardzo różnorodnie, wpływają na siebie twórczo, inspirują się i stymulują. Na jednej ze ścian mogliśmy podziwiać m.in. piękne portrety, stubarwne pejzaże obok np. oszczędnych czarno-białych rysunków Justyny. Sama je określiła jako egipskie....
– Dobrze, że są, dobrze że możemy dotknąć Sztuki, zobaczyć efekty ich pracy i talentów. Oby mogło tak dalej być…Zobacz galerię…Tekst z niewielkimi skrótami i fot. Iwona Kucharska Data publikacji: 15.05.2019 r. http://naszesprawy.eu/kultura-i-sztuka/tworcownia-to-lodz-pod-pelnymi-zaglami/
MY Z GŁOWĄ OBCIAŻONĄ I DEPRESYJNA GRAWITACJA NADMIERNA I DEMONAMI POTRZEBUJEMY CZASU I PRZERW
Dziękuję Lekarzom dr Markowi Krzystankowi i dr
Witoldowi Froncowi za zachęcanie do podwyższana poprzeczki i ratunek w licznych
kryzysach twórczych i życiowych , dr Jackowi Przyłuckiemu psychologowi Robert
Radwańskiemu za konkretne plany krok po kroku …
dziękujemy
LEKARZOM Z FUTRACH
NASZYM AMICI KOTOM I PSOM
stronka o programach flash
czwartek, 3 grudnia 2009
Jarnątówek Pamiętnik- Koncert
Stojący basiorzasty chłop, z sumiastym wąsem zamrugał zalotno- myślo- nielotnie do tej drewnianej publiki zemszałych grzybobab. Rozpocząć trzeba pieśń. Już otwierają się otwory gębowe, to bardziej nieśmiałe, to akcentując pewne wersy pieśni, to w wewnętrznych rurociągach zaznajamiać strzępy melodii z organicznymi wyziewami. Orkiestra złożona z starożytnego chóru i akordeonu, zalanej przez trochę młodszego osobnika, niczym wartownika na wierzy u starodawnych troli. Rozśpiewali się na całego w pieśni „och” o pewnej programowej płaskości znaczeniowej, sławiącej proste symbole wierności swojej wybrance, czystości uczuć, łapania chwili, czerpania radości z życia- harcerz, rzucająca wianki, małżeństwo- matula i inne ule, matkobóle, kwiatkożule. Tematyka niczym wycinanki w omszałej formie, transponowanie przedszkola, w zardzewiałe szkielety leciwych konstrukcji. Śpiewy trwały, jedni reagowali na nie uruchomieniem stóp, stawianiem ich w pewnym spowolnieniu w różnym kącie, lub w nieznacznym podrygiwaniu głowy, jakby coś mówiło „na taki nieznaczny geścik mogę sobie pozwolić, bo żeby w tany iść tom za stara”.
Jedna pani próbowała przyklaskiwać do infantylnego refrenu, jakby chciała wnieść coś swojego do rwetesu orkiestry, ale jej mrukliwy mąż wyłapywał ten wybiegający z ogólności moment i sprawnie zatrzymywał jej rozpędzoną rękę w odpowiedniej chwili, oddychając potem z satysfakcją i ulgą. Później gdy doszło do piosenki o sokołach, której rozmach dopingowane było przez głośne hej hej, potem usłyszałem, że ktoś równie głośno doprawiał to zawołanie wrzaskiem, przez co rozszedł się wśród zebranych cień śmiechu. Mnie też chciało się śmiać, mówiłem sobie „to ten mały bajtel pewnie się rozochocił w tym pokrzykiwaniu i ma świetną zabawę”. To dodało mi trochę otuchy, bo podczas rozwoju wieczorku, po przebojach z bardziej smutnymi melodiami, coraz więcej sygnalizowało się smutnych twarzy. Na przykład młody chłopak z wąsem koło trzydziestki, z przednimi zębami, jakby wyciętymi z kartonu, przy pewnej tlącej się cicho i wilgotnie pieśni. Nagle, gdy moja głowa zwróciła się do tyłu by zobaczyć zaplecze gęb, gęstniejące tanią psychologią z tyłu, zobaczyłem niespodziewanie, że ma łzawe oczy, a na twarzy jego podrygiwał grymas rozpaczy i beznadziei. Wtedy zrobiło mi się go żal, choć zazdrościłem mu na basenie prężnej klatki piersiowej. Moja niechęć w tej chwili ustąpiła i zaczynałem się obawiać o jego myśli, o czym w tej chwili wspomina. Przecież o dziesięć lat techniką myślowego rurociągu mógł dalej w wstecz wertować zapadliska rozsypanej treści, w której drgały jeszcze pozostałości nie znające styczności z nienawidzoną przeze mnie mechanizacją życia, plastikowymi naroślami na tropach w lesie, artyleriami firmowych perfum na poligonie dzikości płciowej. Jednak teraz te lata wigoru, dynamiki są odkreślone przez jego wadę nogi, wyrabiającą inny kont życia. Krótko mój wzrok padł na jego twarz, On też jakby nerwowo spojrzał na mnie, szybko wróciłem do dawnej pozycji, ale pragnąłem jeszcze raz spojrzeć dłużej, aby więcej wyczytać, więcej w sobie wyzwolić doznać, ale głównie egoistycznych dążeń, wysysanie z niego nastroju. Uczynienia z niego mentalnego królika doświadczalnego, ale nie zrobiłem tego. W końcu kurtyna nostalgii opadła na dobre, cienki głosik należał nie do tego nieśmiałego chłopczyka, ale do upośledzonej starszej dziewczyny.
Na końcu w towarzystwie tym dostrzegłem, ujmując całościowo, jakiś rys łagodności, którego tak usilnie poszukiwałem w życiu.
Dzisiaj wieczorem byłem na basenie. Uzbierał się na nim znaczny komplet osób, wśród nich wiele charakterystycznych osobliwości. Tak był tu i historyk, słynny żeglarz, ale tym razem podmywała go silna fala, powstała z fabryki niezgrabnych ruchów ludzkich i raczej mniej szarżował po tym małym morzu tego siedliska, niż na swoich okazałych okrętach. Był też i Wacław robiący nurkujące podchody, pod różne tutejsze piękności. Była i łódź w mosiężnych okularach opływająca wszerz i wzdłuż cztery strony świata tego akwarium, ale w końcu zacumował i wydał dyrektywę morskich informacji, dla mniejszej łodzi, bardziej opływowej i zaopatrzonej w dwa bunkry gdzieś jednej trzeciej długości. Był i pan Staszek nieśmiały, grzeczny w kącie basenu, leżąc na pleckach kulturalnie szturchał wodę obiema nogami. Pojawiła się też jakaś nowa para, która mimowolnie odwróciła moją uwagę, na nich w postaci dobrze zbudowanego, smukłego mężczyzny, z rzadkim leśnym poszyciem klatki piersiowej i siwiejącym wąsem na skroni. Gładko ogolony, o pociągłej regularnej twarzy, zgrabnie dobranym nosie. Również laleczkowata panna z dobrego domu, w jego wieku, chuda, blada, o średnim ale jeszcze jędrnym, wysoko osadzonym biuście. Mimo woli wzrok przy obrocie głowy wokół własnej osi padał to na niego , to na nią, patrzyłem na jego pełne gracji ruchy, zdopingowane dziarskim firmowym uśmiechem, nie schodzącym z twarzy, gdy przemierzał basen operując zwinnym opanowaniem stylów i na nią wpatrującą się w niego jak w tęczę. Ta pewność siebie budziła mą zazdrość, że są na tym świecie ludzie o stabilnej organizacji życia, w której rozwój ewoluuje w linii prostej, gdy zarówno są zadowoleni z siebie, pod względem duchowym i fizycznym. Patrzyłem tak na nich, wyglądali na ludzi, którym życie dało satysfakcję. Jeszcze dość młodzi, studia, dobra praca, małżeństwo, dobranie, pożycie łóżkowe dobrane, zdrowe dzieci również w wyborach życiowych nie ustępujące im. Jeśli refleksja to umiarkowana, lepiej za dużo nie myśleć, bo po o życie tracić, lepiej być wyregulowanym, wyluzowanym, a jak już chodzi o wydobywanie podświadomych treści, to raczej przytulny eksperymencik, odskocznia w postaci krótkich kursów medytacji, czy czegoś w tym stylu. Bo i na topie i trendy, po co szaleć. Zostawmy to, jak na złość zaczęli grać w piłkę, ale ja wiedziałem, że podświadomie marzą o innym przekazywaniu piłeczki. Myślę tu o ich spiralnych układach, badania rozciągłości ciała, akcentowanego muzyką konkretną. Piłka opadła, zwodzących sukcesów pięknych państwo. Ja tak patrząc na niego, starałem ostudzić, wyrywające się chciwie kompleksy, na temat mojej niezbyt dziarskiej chudej postury, uchybiającej w porównaniu z nim. Próbowałem wspomóc się oddechem, by napuszyć się i zwiększyć swą masę przez wibracje wodne. Wszystko jednak sprowadzało się do tego, że usztywniałem się więc z ulgą odetchnąłem, jak sobie poszedłem. Po czym wszedłem pod przebieralni. Ucieszyłem się że nikogo niema więc będę mógł zdjąć badki. Powyginać się pod lustrem, żeby przekonać się, czy rzeczywiście jestem gorszym egzemplarzem niż on, ale wszedł zaraz borsukowato obrośnięty jegomość, a ja w odrzucając w czas rękę od tego niebieskiego materiału, przerywającego rytm jasno oświetlonego ciała, przez co udało mi się uprzedzić jego reakcję, zastał mnie więc w lekkim wygięciu, i zacząłem udawać, że się gimnastykuję. Chyba tego nie dostrzegł, pomyślałem. Poszedłem szybko do prysznica, a on też ściągnął badki, tylko okrył się ręcznikiem. Co on taki pruderyjny, pomyślałem. Stary chłop a się wstydzi. Gdy wyszedłem z prysznica, zagadał do mnie słowami, które zapowiadały rozmowę swym czasem, przystosowaną to tego tymczasowego miejsca.
- Ten ratownik to chyba pływać nie potrafi. Drze się na cały basen. Mógłby sobie jakąś tubę wziąć, ale woli się drzeć.
- Tak różne słuchy słyszałem o nim.
- czy widział pan go w wodzie, bo ja ani razu, woli się drzeć, ale do wody żeby poinstruować ludzi, nie wejdzie.
Przytaknąłem mu.
Następnie za ścianą, zaczęła się głośna famfarada techno.
- O słyszy pan to rzępolenie.
Tu ździwiło mnie, ze używa słowa umniejszającego bardziej kameralną orkierstrę.
-ludzie tracą przy tym słuch. Mój sąsiad tak się drze, że telewizora nie słyszę. To przez tą muzykę, a są takie samochody, które aparaturę radiową mają większą niż one same.
- I stąd tyle wypadków. Powiedziałem elokwentnie. Coś jeszcze domruknął i wyszedł.
Znowu odetchnąłem z ulgą.
- A ty co tak się boisz, nie wstyd ci? Mówiła babcia. To oczekiwanie było inne w stosunku do dawniejszych spotkań. Przedtem byliśmy przede wszystkim ruchem, słowami wykrzyczanymi między lotem za piłką. Uśmiechem zębów, zatopionych z zapałem w ciastku. Rozmowy pląsały w niekontrolowanym tańcu przebierańców. Schody do osób wiodły od wieszaka na dach i na drzewo. Teraz ta osoba była bardziej namacalna, cielesna. Dynamizm przeszedł w przemianę materii, góra piasku w dobrze ułożoną czuprynę. To było dawno, teraz był sen.
- Tak ma pan rację, odparła potulnie przy bezimiennym wyrazie twarzy, choć wzrok mimo to piął się po wysuszonym dukcie bruzd na jej twarzy, co utrudniało czytanie jej doznań.
Konkludowałem.
- Rodzicom najłatwiej załatwić sprawę, pozostawiając dzieci przed komputerem. Wtedy mogą się nużyć swym spokojnym, pustym pozbawionym wysiłku wychowawczego życiem.
( znowu zapędziłem się jak jakiś moralizator i nagle urwałem, bo za dużo tej bezsensownej tyrady )
Tu znowu otwarła trwożliwie zachwycone, mizerne usta, jako reakcję na moją mowę.
( nie, nie znoszę tego niepotrzebnego dyskomfortu, ganiłem siebie )
- Tak ma pan rację, najłatwiej włączyć dzieciom komputer, nie rozmawiać z nimi, nie wskazywać im dróg rozwoju. Kiedyś rozmawiało się, i to w znacznie większym gronie, niż teraz. Starsi i młodsi, wnukowie i dziadkowie mieszkali razem i zasiadali przy wspólnym stole, rozmawiając, przekazując doświadczenia. Dzieci poznawały swe korzenie, konfrontowały różne wartości, wzory. A teraz te małe hermetyczne rodziny, dziadkowie o ile nie przeżywający jesieni żywota w domu starców, to czasem w najlepszym wypadku, sporadycznie spotykają się z wnukami. Jak już się złapie jakiś temat, to ta nieszczęsna polityka. Rozmowa opiera się częściej na wymianie bezsensownych sloganów, podłapanych z ogłupiającej telewizji. Gdy to słyszę, ja wychodzę.
- Tak, tak. Mruknąłem tonem udającym zainteresowanie, ponieważ rozmowa zaczęła mnie nużyć.
Później nastąpiło jeszcze trochę nieistotnych dla mojej pojemności i szumu reprodukcji słów, które mógłbym jakoś zużyć do późniejszej obróbki. Gdy już będą przetrawione, mało świeże, zamknę je w archiwum, gdzie będą bić się z molami niepamięci, nawałnicami kurzu. Słowa gnane przez miarowy stukot pociągu miały pewną dynamikę, wchodziły w relację z nowym miejscem. Były wyraźne jakbym czuł ich kontury. W domu te przepocone słowa oblepiały stęchłe konstrukcje już od dawna mające swój szablon, nie rzadko zmienione w zawartości znaczeniowej. czasem tylko modyfikowane inną intonacją, bądź na wyższym, bądź też na niższym rejestrze głosu. Słowa wspomagające umeblowaniu pokoju, sprzyjające mimowolnie jemu. Chciałem jeszcze właściwie coś dodać, ale ona zaczęła znów mówić o polityce, a to nie moja bajka. Znów przyłapałem się, że próbuję ją zadziwić, wiedzą przeze mnie do końca nie zbadaną, podsłyszaną ukradkiem. Chodzi tu o nowoczesność, chodzi tu o znienawidzony przeze mnie cybernetyczny świat. Ja właściwie zapamiętałem parę jakiś faktów i przysposobiłem je do mojej pamięci, z dużą niechęcią. O jakiś tam nowinkach i używałem ich jako, mówiąc w moim alfabecie „niezbędników” , abym mógł chwilowo podtrzymać rozmowę z kimś z mojej generacji, broniąc się żeby nie wyjść na kogoś zupełnie wycofanego. Na złość dla mnie i tak szybko się zorientowali o pozorach mojej wiedzy. Tutaj znowu chciałem, może nie tyle zrobić wrażenie, na staruszce, co uchronić się od napierających na mnie sentymentalno-melancholijnych wynurzeń. Co mogło spowodować wielki zachwyt i pewne niesmaczne przyspieszenie starodawnych rzek, pod skórą babci, próbujących przedrzeć się do mnie. Jej zachwyt, że jestem jakimś egzemplarzem bezimiennej małej grupy, ocalałych dla kultywowania dawnego sposobu życia, percepcji świata, środków wypowiedzi. To stało się dla mnie nie do zniesienia, i chroniłem się przed tym. W tym właśnie momencie przypomniały mi się głosy dawnych osób, z którymi kiedyś dyskutowałem. Mówili, gdy na przykład wyrażałem uznanie, dla tych kruchych zadumanych malowideł Corota przedstawiającego łabędzie na eterycznym zamglonym jeziorze, czy to intymne kąpiele nagich dziewcząt, przy ckliwym kołyszącym jakby lekkim szmerze wiatru, w zimno zszarzałym lesie, i konarach schylających się ku nim z wdziękiem gałęzi- choć przy tej scenie przyznam znalazłem więcej zrozumienia, to i tak wymyślali ( i tu się powtórzę ) od sentymentalnych od nie idących z biegiem z czasów. Futuryzm, konceptualizm agresywne formy wypowiedzi, to jest to, współczesne kino itd. Miron weź obudź się, słyszałem, ja też lubię być czasem sentymentalny, melancholijny, zamyślić się, rozmydlić, popaść w zarzewnienie, ale rzadko mi się to zdarza. U ciebie jest to regułą. W końcu ludzie odrzucą cię, zapomną o tobie, bo ty żyjesz marzeniem o tym świecie, a nie w rzeczywistości. ( a nawet choć tego nie potrafisz, spróbuj się zaznajomić się z nim ) Dopowiedziałem sobie w duchu, uprzedzając jego dobudowywanie siebie kosztem mnie.
Może z tym, że żyję marzeniem to trochę przesadził, cuciłem siebie. Bo owszem marzycielem jestem, ale jestem też bardzo krytyczny do siebie i do świata. Ze tym nagminnie wymienianym w tekście sentymentaliźmie, także w sensie technicznym, jakby nic nie umiało go zastąpić i ciągle pchało się na kartkę. Chciałbym tu powiedzieć, albo obronić się przed hegemonią żeńskiej strony mojej osobowości, że rozumiem go ( włożyłbym tu słowo szerzej, co zabrzmiałoby bardziej precyzyjnie, wiarygodnie, jak wywodach psychologicznych ale powiem tylko inaczej, że rozumiem go jako pewien rys łagodności, którego w tym napiętym od agresywnej agitacji świata wciąż poszukują )
Bo mam powyżej uszu, tych którzy swe spojrzenia odwzajemniają z zafascynowanymi logiką i przewidywalnością swej konstrukcji budynkami. Także te spojrzenia ostre jak sztylety cieszące żelbetonowego pająka, wypinającego chciwie pazury do bojącego się usiąść na nim, aby się nie pobrudzić błękitnego nieba. Gdy trafili jakimś przypadkowym zbiegiem okoliczności na łono natury, idąc błotnistą, pełną nieregularności ścieżką, mogli tą scenerie uczynić tak bajkową przy pewnym wysiłku wyobraźni, gdyby umiejętnie zsyntetyzowali światło słońca. Tak się o to proszące i wycisnęli srebrną mąkę, pył z jej rzeźbiarskiej obróbki. Wtedy otoczyłaby ich wokół jadowita, terapeutyczna zieleń. Nikt jednak tego nie próbował w tej świątyni źródła życia, elementarza emocji, rzeczy niestworzonych dla funkcjonalności, nie dlatego bezdusznego funkcjonalizmu, ale dla samych siebie. Gdy na jednej z giętkich gałęzi usiadł ptak, może być nawet taki mały ptak (szpak, kos) zatrzymanych w chwili ewolucji jego ruchu, która tworzyła dynamiką skrzydeł mapo wachlarzy jego piór w czasie. Wewnętrzny wzrok pokazywał mi jak ten ptak stanął i patrzył swoim wzrokiem, właściwie niewiadomo gdzie, wzrokiem prostym a jednocześnie nieodgadnionym. Nieodgadnionym, bo on jakby znał dawny zapomniany język świata, gdy szybował z gracją w górze nad zielonymi strukturami lasu i wyciętymi w nich błyszczącymi powierzchni stawów. Rozmieszczonymi, tak ze w swych proporcjach, odległościach, zbliżeniach oddaleniach tworzyły abstrakcyjne wzory, a on je dobrze znał. Umiał wczuć się w ich atmosferę i leciał do tych odległych wzgórz, na których znajdowały antropomorficzne skały. Siadał na segmencie jednej z nich, przypominającej głowę karła i tu po prostu trwał, wyrażając całym swym jestestwem tajemnicę natury i nie musiał zastanawiać się wiele, nie robił wyszukanych póz. Nie padał ze zmęczenia nad skalistą przepaścią w różnej gradacji szarości, w której głęboko na nieskończonym dnie płynęły ścieki z walającymi się kośćmi. Oczywiście nie będę tu mądry, bo a propos zbytniego komplikowania sobie życia ( czy tego tekstu ) jestem niezłym ekspertem. Myślę jednak, że gdybym miał dać rade tego typu osobnikowi, powiedziałbym mu, ze powinien przestać tych badań nad wyginaniem w różne strony mięśni twarzy, eksponowania zagadnienia bryłowatości swego ciała i sprawdzania sztuczką, czy ciężar czoła zakryje jego oczy. Innym słowem ( nie chce tu być zbyt dydaktyczny, ani nie traktować tego jak jakiejś instrukcji) powinien zaprzestać tych mechanizmów obronnych, czy tez własnej maski. Wystarczyło tylko zakraść się delikatnie pod jego skrzydła gdzie szamotały się przeźroczyste skorupy od wzburzonego w locie powietrza. Tym spojrzeniem skupiającym wiązkę energii otumanić ociągające się powietrze i obrysować niewidzialnym płynnym konturem, o krystalicznej czystości, aby rozbić czas.
Tak, czas rozbił się przez znowu upominający się turkot pociągu i zbliżanie się do celu. Otrząsnąłem się z tych rozmyślań i popatrzyłem za okno. Szyba była lekko zroszona wodą, za nią rozrastały mimowolnie na dwie strony płaty pól.
- Tu wszędzie jest tak równo? Trochę od niechcenia dodając jakiegoś frazesu do i tak umierającej już rozmowy. Z drugiej strony rósł we mnie jakiś irracjonalny niepokój. Pytałem siebie, czy tu w ogóle są jakieś góry, a może ich niema, albo są bardzo są daleko, a miały być. Nie wiem czemu takie myśli chodziły mi po głowie, może to zmęczenie- chroniczne zmęczenie.
- Ale popatrz tam. Odpowiedział kobieta siedząca naprzeciw mnie. Popatrzyłem jeszcze raz. Zza mgły koczującej na polach ( do licha zapomniałem o mgle, a może to ja jestem zbyt mglisty ) wynurzyły się szczyty gór. O cholera, ten niespodziewany dialog i ta iluminacja sprawiły, ze jak to czasem mawia mój kumpel, zrobiło się filmowo. Więc dojeżdżam, pomyślałem. Potem wszczepiając się w ten krótko fazowy wypełniacz, spytałem kierując pytanie do owej pasażerki moich słów- a jak daleko jeszcze do Głuchołaz? Zauważyłem, że mimowolnie słowa skierowałem do ogółu siedzących. Nie wiem czy nie zaważyła moja intonacja, czy nowe zdolności stanu psychicznego spowodowane przez medytacyjne milczenie pasażerów, kierowane przez miarowy stukot kół pociągu. Bowiem ludzie poruszyli się zdziwieni, jedni nawet się zaśmiali. Nie już dojeżdżamy, uspokoiła mnie tonem nieco trochę rozbawionym. No nie chciałem spowodować tego zespołowego poruszenia. Mruknąłem w duchu. Dobrze że to pod koniec.
Zacząłem sięgać po plecak. Te chwile rozmyślań wydawały mi się nieskończenie długie, choć jest to koniec podróży. Przelotem spojrzałem na babcię. Ona na mnie. Odezwała się. – a pan jest malarzem, zgadłam tak? – zgadła pani. Powiedziałem troche mniej sztywno niż wcześniej.
- Poznałam to od razu jak pan wsiadł. – ach no nie wiem czy mam to wypisane na twarzy, ale ciekawe co pani mówi. Już muszę wysiadać. Dzięki za miłe towarzystwo. Dodałem stylowo, już bardziej pewny siebie. – nie to ja dziękuje panu. Odparła.
Pociąg stanął, wysiadłem. Przede mną stanął dostojnie się prezentujący choć nadszarpany zębem czasu, także w dosłowny tego słowa znaczeniu, lekko secesyjny dworzec. Podobały mi się te spopielałe, lekko rudawe cegły, zasmęcone kurzem okna. Pogoda obfitowała w cieniste znaczenia. Wszedłem do przetartej przez czas poczekalni. Czekał w niej już Kameleon.
Tym razem wcześniej przyszła do nas zima, której się obawiałem. Mam nadzieję, że to tylko jej przedwczesne symptomy, w każdym razie niska temperatura wpłynęła na dramatyczne spazmy liści, z bólem wytężające do środka swe boki. Pogrążone w zaschłym smutku trawy, zasypała kurtyna białego puchu uciszając na zawsze ich niedolę. Przy wejściu do sieni zagwoździło się crescendo sopli odmierzające takt kroków odbitych od zasklepionego w betonowej korupcji chodnika. Nie, nie chce zimy, a tyle jeszcze miałem zrobić. Dokończyć sesje fotograficzną zapleczu kopalni Wujek. Tego terenu, w którym stare maszyny tak gustownie wyglądały w aureoli umierających z ekstazy koloru liści. Czy jeszcze zdążę? Moje myśli wędrowały często do tych słonecznych dni końca jesieni, gdy byłem dość daleko stąd, przekroczywszy granicę rozsypujących się plantacji starych kopalń, z rytami czasu na ich dumnych żelaznych wierzoszybach, poznaczonych rytmami smętnych ażurów, skamieniałych ze smutku, w których wiatr wygładzał ich wewnętrzną ruinę. Dalej za zrobaczałym siedliskiem lasów kąpiących się w niewolniczym oparze z zdradzonych przez zanieczyszczenia bagnami. Dalej za wielkim płaskowyżem bezsennych pól, zalewających miasta, tuż przy granicy z Czechami w górach Opawskich, w starym relikcie peerelowskim, powabnym wegetacją w Jarnąłtówku. Przypomniałem sobie jak dwa dni przed wyjazdem pożyczyliśmy z najmłodszym osobnikiem rowery i pojechaliśmy do granicy. Był wspaniały słoneczny dzień. najpierw musieliśmy się namęczyć trochę pod górę po żwirowej drodze, przez zaskoczoną kępką drzew, górką. Później jechaliśmy z nieznacznymi odchyleniami wysokości po grzbietach małych wzgórz. Chwytałem ten opromieniony dzień pełnymi haustami. Działała na mnie kojąco odległość nie pozwalająca na mroczne oddziaływanie domu, w którym dziadek i mama sunęli niczym wyprane z sił zjawy znikające w pokoju pełnym pantomimy cieni, podsuwanych jakby naumyślnie przez zwały rupieci sunących z komórki w ciszy nabrzmiałej od stęchłego potu. Z dala od mojego łóżka z zasiedziałą pościelą, w której podczas szamotania się przy koszmarach nocnych, wydrapywałem górskie grzbiety i gronie rozbiegane nad przpaścią łóżka. Z daleka od tych niezbadanych wspomnień pewnego odsuwanego w czasie, choć bardzo ważnego mitologiczno eschatologicznego lata, które czekało, by tajemnica czekała na rozwiązanie, ale które na razie bałem się odkryć.
- Po co tu stajemy? Zapytał zdziwiony chłopak.
Tu popatrzyłem na niego kątem oka, czy zrobiłem na nim wrażenie tą lichą kompilacją’ nadczytaną parę dni wcześniej z książki.
w zapasach w misce przy granicy ogródka, w słoneczny dzień, nadając wodnego charakteru memu schnącemu ze smutku korytu. Szczególnie babcia nie przepadała za tym, gdy wieszając pranie w nie skromnej liczbie skarpetek i innych fatałaszków, jak coś z tej promenady niskonakładowych tkanin wpadło w błoto. W innym przypadku znowu zacząłem grać w piłkę i właściwie grałem wtedy o moją i z moją rzeką, tworząc jej gejzery, choć przy okazji nieraz brudziłem garaż i mury. Z jej urodzajnego mułu z rozlewów, unieruchamiałem delegację mrówek. Wtedy podczas nieokrzesanych zabaw solidnie mi się obrywało, za tą niezrozumiałą i upierdliwą czynność. Bo jeśli jeszcze zainteresowania rzekami wchodziły w skład geografii świata kraju i innych dziedzin do nich dołączonych, takich jak kultury dawnych cywilizacji znajdywałem wtedy więcej zrozumienia u moich opiekunów. Uważano że te błotne zabawy nic nie dające, a wręcz będące infantylną pozostałością po beztroskich zabawach z dzieciństwa, a że wchodziłem w okres dorastania, powoli to zaczęło to nie uchodzić. Nic nie dawały zakazy, upomnienia i trwało to jeszcze długo (proszę się nie śmiać) jeszcze w czternastym roku życia. Gdy nikogo nie było, poświęcałem małą chwilę by usunąć tamę liści, żeby dać upust wartkości wody, lecz z powodu braku czasu zostawiłem ją samej sobie. Choć czasem spojrzałem na nią tęsknym wzrokiem w przelocie przez podwórko, lub z okna klatki schodowej, przypominając sobie o dawnej intensywnej sieci wodnej. Tak teraz zaniedbanej. Patrząc z perspektywy czasu, widzę w tym coś symbolicznego, bo rzeka na ziemi wiodła swój dumny żywot, z mianem rzeki epizodycznej była także rozpisana na moich mapach. Starannie opracowanych w paru egzemplarzach, choć kursujących tylko wśród moich kuzynów, dla których w ogóle się już nie różniła od rzeczywistych rzek. Chociażby miała nazwę, a wokół niej rozgniatałem kredką na zielono obszary przypominające lasy. Było i parę nierówności podwórka przekształconych na wzgórza z poziomicami, wykropkowane miejsca szczytów wzgórz z podanymi metrami, punkty strategiczne i etc. Moje rozpaczliwe przedłużania nic jednak nie dawały, kończyły się niepowodzeniami. Chciałem żeby spłynęła wraz z uciekającą perspektywą ulicy, do nieodległego strumienia. Później jej dalszy bieg rozpoczęty niewidzialną dla mnie kaskadą, która niczym dla rzek z Ameryki Południowej spływała brutalnym uskokiem, wodospadem z wyżyn wielu metrów na płaskowyż. Szmer tej katarakty, słyszałem tylko przy większym dopingu deszczu. Może stanowiła ona słuchowisko, lub widowisko dla podziemnych kursantów szczurów. Być może była jakimś punktem orientacyjnym, esencją struktur geologicznych ze skrawka niebnego dla nich lądu. Z bólem wyobrażałem sobie jak wślizgiwała się w uregulowany czas skamieniałych od oślizgłości ekstremów tej sfery, która była częścią nas, naszego ciała, ale podświadomie i dosłownie zsyłana była do podziemi. Niezależnie czy ten proces odbywał się w słodkiej delektacji czekoladową krainą, mozaikowych konstelacji czekoladek wyłożonych w fantazyjnych pomieszczeniach opakowania, które nadymały membranę mego brzucha, że można było wtedy przez lekko inne jego nachylenie zwracać bieg podanej piłki. Czy to w słoneczny dzień w dolinie przy leśniczówce po solidnej mięsnej strawie nasyconej przez szare ręce z dymu, wysączonego żarliwie z ogniska. Problem przypływu siły dla moich rąk, rozgryzany był przez rozdrobnione w szczegółach mięsne płaty. Przy pomocy mojej ręki zakończonej siekierą, frazy ruchu uderzanych gałęzi ustawionych na pieńku przez dźwiękonaśladowczy pretekst, wspominały o rynsztunku mięsnych drapieżności. W heroicznym zuchwalstwie, w przypływach magnetycznych idących w fale moich włosów, roztrzaskiwane na kawałki gałęzie niczym rozstąpione morze w bogatej polirytmii, rozrzucały się wykonując akrobatyczne kombinacje po dwóch stronach mnie. Czy to na niebiesko-ocznym basenie, którego woda wydarta była tym dzikim wyrobiskom piachu, stróżowanego przez rachityczne drzewa, przerzucające swą głęboką zieleń, gdzie pomiędzy ich pretensjami skryła się ciemność. Wrzucana była bez pardonu do tego skończonego w swych geometrycznych zagadnieniach, zatrutego pijanymi z zieloności kafelkami dołu. Tam w końcu woda, wolna od troski zmiennego w nastrojach nieba, poddawała się stałym w uczuciu reflektorom, zwisającym z odrapanych ścian. Tworzyły tam błyski na jej zesztywniałym z chlorowego napięcia czasie. Wskakiwali do niej osobnicy w różnym stadium otyłości, ograniczeni przez neonowe przedłużenie tafli skóry, z rezerwacją dla zużytych nieużytków w pasie. Wypijałem w tym miejscu łyk wody, co ciekawe z posmakiem cytrynowym. Co mnie zawsze bawiło, czyli poleconym przez cybernetyczne laboratorium z całą jego strutą galanterią. A co tam, wypijałem to, a nagle wtedy czułem jakbym łączył się duchowo z wodą na basenie, plastikowy dysonans patyczkował się z moimi żyłami. Substytut smaku porównywał się ze zdrowym wynurzaniem się głowy, przy dzikich odstępach leśnych. Choć ten płyn jeszcze nie tracił wiele z pierwotnego przeźroczystego przekazu ustnego, ponieważ kończąc siestę w moim ciele wykraplał się w nieco bardziej sfermentowanym słowie. Tak wszystko pięknie, czekoladki z ich tendencjami do dekoratywności, pikantne kawałki mięsa, nawet woda dekomponowała się zmieniając antyestetyczne strawienia. Tak i moja rzeka drążąc szlachetne zakola, niczym dłutem w sękatej cierpliwej na jej finezyjne manewry ziemi. Później z ostatnim desperackim aktem godności, czyli wodospadem, kończyła swój żywot w pustyni dalekosiężnych, lecz zdeklasowanych refleksji (bo zawitały aż tu). Odrywając się od tych najbardziej nieposłusznych i niekontrolowanych części ciała. W swym fenomenie, w szerokości i głębokości oddziaływania podbijały najdalszy rzut ręką kuli, czy energicznego kopnięcia piłki. To też pewne refleksje płasko wyciętej minimalnej myśli, zdrowo prącej do przodu, łączącej się wyraźnie z wizualizacją podświadomości zagubionej w psychoanalitycznym śmietniku. Czy widzieliście te heretyckie gnijące budowle? Wycofane z pamięci ludzkiej, na których robactwo swawoliło się w orgiastycznych bachanaliach. Popełniane to całe zamieszanie było przez tych, którzy pod nadzorem bulwiasto-myślo-znośnego oka telewizora, w tych ciasnych wnętrzach starych domów, odmierzali dzieje życia, a przynajmniej tygodnia w łatwo odczytywalnych oparzonych miejscach na ubraniach, od mocno procentowych alkoholi. Wewnętrznym wzrokiem wchodziłem w ich pokoje. Widziałem strwoniony pot na nieczystej pościeli, ten zaduch, tą męczarnie przedmiotów. Tutaj się powtórzę. Pod naczelnictwem telewizora, zajadano się nie patrząc na relacje przestrzenne dwóch pomidorów do ostentacyjnego funkcjonalizmu kształtu sera. Nie rozgryzano energetycznych właściwości czekolady, nie precyzowano kolorystycznych inwencji przyniesionych zakupów. Tylko pośpiesznie zajadano się, gwałtownie kończąc fazy przełyku. Później wiśta wio. Szybko przeskakując przez rysy na wilgotnej ściance łazienki, hipnotyzującej krok, będące nie zamyślonym uznaniem posadzki wycinającej od wewnętrznego ciśnienia, szlachetnych linii na jej powierzchni dla głębokich ustąpień gładkości skóry na twarzy. Linie te swą cieńkością skłaniały, by iść po nich starannie na palcach, w celu stopniowania wyregulowania ciężaru ciała. Te ceremonie miały stopić się w jednym punkcje, aby godnie siąść, a może wygodnie, tutaj powiem eufemistycznie na pisuarze. W tej chwili następowała o dziwo w tym pośpiesznym jednolicie zrytmizowanym, bez refleksyjnym życiu chwila skupienia. skumulowania energii nad czymś równie skupionym, zmodyfikowanym przez wewnętrzne wiatry, stres, czy w ogóle także pozytywne emocje, które niczym pomocnicy przy dziele w cechu rzemieślniczym mojego organizmu działali dziarsko i oddawali ciemności dzieło o ciepłym przesłaniu i zróżnicowanej fakturze. No ale dość tych dywagacji, bo jeszcze weźmiecie mnie za człowieka niesmacznego, bo takie to źle odżywione tematy poruszyłem. Usprawiedliwię się, że musiało tak być, bo tak jak malarz malując wizje, spełniając nie lubiące czekać rozkazy podświadomości, musi w swym transie dobrać takiego a nie innego koloru, by zbrutalizować, oddać sugestywność mrocznych sugestii. Oddaje je drapieżnymi uderzeniami pędzla, osaczonego ciemną farbą, by podkreślić blask ościsto błyszczących oczu modlącego się widma, w zardzewiałej kolczastej zbroi. Ja też, bo tego domagała się wizja musiałem zakraść się w te splugawione atawistywicznymi wykopaliskami naszego ciała rejony. Chyba jeszcze na tyle logicznie myślę, że rzeka nawet z największym idealistycznym wsparciem nie popłynie w górę nieba, by tam ślizgając się po tęczy ponownie odżyć. Cóż mogę za to, ten ruch w dół musi istnieć, bo co napisałby Witkacy o swoich napięciach kierunkowych. Dość już tego przytłaczającego zgiełku rozkojarzenial. Gdzie to skończyłem wcześniej. Ach tak później miesiące ubywały na zwisającym na wszystko kalendarzu i otwarły się przede mną bramy liceum. W tym czasie nastąpiły niewątpliwie pewne przetasowania w akcencie położonym na rzeczywistości...
wyrywają się
Dryfują
Wymieniają się kształtem
w rozkwicie biegu z ludźmi
których chód
przegrywa konkurencję
z ich zygzatowatą myślą
daje się ponieść
ich spiralną akrobacją
Ale ja tnę przez te narzucające się
ciemne fale powietrza
i toporne kształty pni drzew
Podparte przez ich drapieżne cienie
I oczy dozorcy
w naszej linii zrozumienia?
Demonizmu?
Zapadnięte oczodoły
tutejszych pubów
Za firanką miga jakaś twarz
ginąca w defiladach innych firanek
tych wspominanych, zapominanych
kumulujących się w łabędzim kluczu



